Moje refleksje

Moje Refleksje - Bożena Rząsa

Refleksje…

 

Tylko nieliczni spośród nas pielęgnują swoje zdrowie, troszczą się o odpowiedni, treściwy pokarm, prowadzą zdrowy styl życia. Większość zastanawia się nad podupadającym zdrowiem dopiero wtedy, kiedy zaczyna coś dolegać i dawać się dobrze we znaki. Kiedy już nic nie pomaga, dopiero zaczynamy bawić się w detektywów i szukać dróg wyjścia. Dobrze, że poszukujemy, bo „kto szuka, ten znajdzie”, „kto puka, temu będzie otworzone” byle tylko wytrwale i rozumnie szukać.

 

„Czekałem z cierpliwością, a Pan mię obaczył
I prośby moje wysłuchać raczył.
Wywiódł mię mocą swojej zwyciężnej prawice
Z błot nieprzebytych i z trzęsawice,
Nogi moje na twardej opoce postawił,
I drogę, gdziem miał chodzić, objawił.”

 

Jan Kochanowski
Psałterz Dawidów PSALM 40

 

W dzisiejszych czasach nie żyje się spokojnie pod względem zdrowia. Coraz nowsze choroby zalewają świat. Ludzie chorują masowo. Jeszcze 40 lat temu rak czy choroby serca były rzadkością, dziś przodują w liczbie zgonów. Rak zbiera żniwo wśród wszystkich grup wiekowych. Medycyna przysłowiowo „staje na głowie”, aby temu zaradzić. Ale chorych przybywa i coraz więcej umiera. Zatrważająco przedstawiają się statystyki. Codziennie tablice oblepiane są klepsydrami za wcześnie zmarłych ludzi. Przewaga młodych, najczęstsza grupa wiekowa to 35-60 lat.
Ja też wcześnie zachorowałam na raka, bo w wieku 31 lat. Stawiłam mu jednak czoła i odniosłam zwycięstwo nad chorobą. Można powiedzieć, że byłam solidnie przygotowana, aby przeciwstawić się tej okrutnej chorobie. Studiowałam wszystko o raku jeszcze długo przed moją chorobą. To była pewnego rodzaju pasja, ale także strach przed tą chorobą. Dlatego miałam dobrze przygotowany grunt do walki, wiedziałam co robić i jak wygrać z rakiem.
Od czasu, kiedy wyzdrowiałam, w dalszym ciągu szukałam jeszcze prostszych dróg wyjścia, jeszcze szybszych i skuteczniejszych sposobów walki z rakiem. Wciąż codziennie czytam i poszerzam wiedzę. Dzięki znajomości języka angielskiego jest to dla mnie łatwiejsze i mogę sobie wyrobić pogląd, czytając setki opinii różnych światowych osobistości. Przeważnie są to lekarze, którzy wdrażają metody pomocnicze, oprócz chemioterapii i radioterapii, aby skutecznie i efektywnie uporać się z chorobą nowotworową.

TRZEBA ZACZĄĆ OD POŻYWIENIA!!!

Dzisiejsze pożywienie jest bardzo przetworzone i dodatkowo mocno schemizowane, aby przedłużyć „żywotność półkową” i „delektować” wyrafinowane podniebienia. W zasadzie, przemysł spożywczy stara się dogodzić wymagającym klientom, produkując szeroki asortyment przeróżnych sztucznych smaków. Dzisiejsi konsumenci nie mają zdrowego apetytu, dlatego poszukują szkodliwych specjałów, jakimi tylko kopią sobie przysłowiowy grób.

NIE MA ŻYCIA W NASZEJ GLEBIE

strzalkadol
NIE MA ŻYCIA W NASZYM POKARMIE

strzalkadol
NIE MA ŻYCIA W NAS

Pamiętam z dzieciństwa jak wyglądała tętniąca życiem ziemia. Żywa ziemia. Gdy chłopi ją orali, wtedy jeszcze konnymi pługami, można było czuć piękny zapach świeżej ziemi. Czuję ją do dziś, bo brodziłam w niej na bosaka między skibami, w której roiło się od wszelkiego robactwa, a orane skiby lśniły w zachodzącym słońcu. Za orzącym chłopem podążały dziesiątki różnorakich ptaków chcących zaspokoić swój głód. Ale wtedy ziemia była zdrowa, i robaki zdrowe, i ptaki zdrowe, i chłop zdrowy i krzepki – bo pokarm, który spożywał był wartościowy i treściwy. Wszyscy byli nasyceni i zadowoleni z takiego obiegu sprawy. Cały łańcuch szczęśliwców. Do pewnego czasu. Odkąd tony nawozów sztucznych zasypały ziemię, wytrąciło to z niej śladowe mikroelementy, potem zakwasiło skutecznie organizm ziemi, pestycydy jeszcze bardziej przyspieszyły degradację. Recepta na chorobę gotowa.

Znikło z ziemi wszelkie życie: grzybki, bakterie, enzymy, które rozkładały minerały w skałkach i kamyczkach i ułatwiały wchłanianie przez korzonki roślin wszelkie składniki naturalne zawarte w ziemi. Środki chwastobójcze zniszczyły wszystkie rośliny, które zgodnie rosły razem i wzbogacały glebę zdrowotnymi walorami. Razem z pszenicą i żytem rosły w odwiecznej zgodzie od stworzenia świata maki, bławaty, rumiany… Dorównywały wzrostem zbożu i pięknie je ubarwiały kwieciem różnobarwnym i zapachem przemiłym.

Pląsałam wtedy miedzami i polnymi wąskimi drogami pośród pól. Czerwiec i lipiec – to był prawdziwy raj na ziemi. Wszystko tętniło życiem, świat był rozśpiewany i kolorowy, wielobarwny. Zbierałam polne kwiaty do bukietów, odurzałam się ich zapachem i urodą. Zbierałam też bławatki, żeby zasuszyć ich płatki, bo zawierają minerał mangan, dobry i nieodzowny do prawidłowej budowy kości. Później piłam chabrową herbatkę od czasu do czasu podczas długiej zimy, dla zdrowia. Co się stało z wszystkimi polnymi ziołami – „chwastami”? Gdzie można znaleźć bratka polnego, skrzypa, mniszka pospolitego, które wyścielały podłoże ziemi, na której wszystko rosło w zdrowej harmonii. Te zioła – „chwasty” chroniły rosnące zboże przed gorączką słońca i wysuszeniem ziemi, również żyły w symbiozie ze zbożem, wzbogacając je w niezbędne śladowe mikroelementy, np. skrzyp polny, który jest rośliną najbogatszą w krzemionkę i wzbogacał zboże w ten element nieodzowny do życia ludzi i zwierząt. Gdzie było dużo skrzypu, tam zboże stało sztywno i prosto, żaden huragan, grad czy burza z piorunami nie powaliły go na ziemię, bo krzem dawał sztywność zbożu i kręgosłupom tych, którzy go spożywali. W ziemi żyły miliony dżdżownic. A po co te robaki były ziemi potrzebne? Bóg, nasz Stwórca, stworzył wszystko tak doskonale i harmonijnie, aby wszystko stworzenie żyło w zgodzie i przysłużyło się do prawidłowego funkcjonowania całości w harmonijny sposób i we wzajemnej przydatności. Dżdżownice użyźniały glebę, miliony małych otworków dopowietrzało glebę i użyźniało ją, wprowadzając azot z powietrza. Najwięcej tego elementu jest w powietrzu. Powietrze jest najbogatsze w azot. Można wzbogacać ziemię tym elementem przez częste okopywanie i podsypywanie. Kiedyś wspaniale z tego nadanego przez Stwórcę obowiązku wywiązywały się dżdżownice, ale też do czasu, bo i na nie przyszedł kres. Chemizacja i zakwaszenie zniszczyło ziemię, robaki, chwasty i nas. Niedawno przeszłam tymi samymi polami co w dzieciństwie i… nie znalazłam ani jednego kwiatka, motyla ani robaka, konika polnego ani żaby ( w mojej młodości były miliony świerszczy, tysiące małych żabek, zwłaszcza po żniwach, można ich było słyszeć i widzieć na każdym miejscu). Nie znalazłam nic pięknego. Tylko coraz bardziej martwy świat. Rosnące zboża nie mają swoich współbraci – chwastów ani kwiatów. Ostały się tylko zdeformowane, powyginane łodygi mniszka pospolitego na miedzy, gdzie stężenie  oprysku chwastobójczego było słabsze. Na domiar złego, weszłam w tę martwą krainę po to tylko – jak się okazało, żeby nabawić się uczulenia. Moje nogi pokryły się wysypką i piekącymi obrzękami na długi czas. Bo niestety, weszłam na teren, na jaki po opryskach nie powinno się wkraczać przez dłuższy okres. Nieświadoma złego, weszłam za wcześnie i to jeszcze w szortach, narażając skórę na bezpośredni kontakt. Jak bardzo zmienił się świat od czasów mojego dzieciństwa! Człowiek, niestety, podciął sobie  gałąź życia przez bezmyślne niszczenie swojego naturalnego środowiska.

Podczas pobytu w USA poznałam wielu Indian. Nie wiem, czy każdy z nich tak myśli, ale ci, których poznałam, kochają ziemię nade wszystko. A ja ich kocham za to. Bo ja też bardzo kocham ziemię. Moja miłość i przywiązanie do niej wyrosły z rodzinnego domu. Przekazali mi ją moi dziadkowie.
Pozwolę sobie jeszcze przytoczyć kilka refleksji o ziemi, których autorstwo przypisuje się wodzowi jednego z indiańskich plemion:

 

„My jesteśmy częścią ziemi i ona jest częścią Nas
Pachnące kwiaty są naszymi siostrami
Jelenie i konie i potężne orły
Są naszymi braćmi…”

 

„… ziemia nie należy do Nas
Człowiek należy do ziemi
To wiemy
Wszystkie rzeczy są powiązane
Jak krew, która wiąże jedną rodzinę
Wszystkie rzeczy są powiązane
Cokolwiek zniszczy ziemię, zniszczy synów tej ziemi
Człowiek nie przędzie sieci życia,
On jest tylko nicią w niej.
Cokolwiek uczyni tej sieci życia
Uczyni sobie…”

 

Kochajmy ziemię, szanujmy, pielęgnujmy ją rozumnie, bo ona rodzi dla nas pożywienie. Jeśli będzie życie w ziemi, to będzie życie w nas, a choroby przestaną nas gnębić. Moimi autorytetami są mało znani Hunzowie. Żyją oni długo, zdrowo i szczęśliwie. Mieszkają w Himalajach, w całkowitej izolacji od świata, a żyją bez chorób. Dr Mc. Carrison, który żył pośród nich około 7 lat, nazwał ich „najszczęśliwszymi i najzdrowszymi ludźmi świata”. Nie stwierdził u nich ani jednej choroby. Za to potwierdził jedno: że kochają ziemię. Są jej bardzo oddani, a ziemia obdarza ich dobrym zdrowiem i długowiecznością. Dietę Hunzów poznałam bardzo dobrze i wdrożyłam ją w dużym stopniu w swoim życiu (oczywiście na tyle, na ile to możliwe, bo w naszym świecie to bardzo trudne). Ale wydaje mi się, że nadszedł czas, aby sposób odżywiania Hunzów na dobre zagościł w naszym życiu. Właśnie makrobiotyka to również pożywienie Hunzów oraz naszych przodków,oczywiście makrobiotyka w wydaniu polskim,bo makrobiotyka to nic innego jak sposób odżywiania naszych przodków.
 
logo biomedeo
 
 
Nasza misja - Twoje zdrowie!