Historie osób wyleczonych

Historie ludzi wyleczonych

Historie ludzi, którzy wygrali walkę z rakiem!

 

1.

Chcę się podzielić z Państwem osobistymi refleksjami z przebiegu leczenia mojej choroby nowotworowej oraz wspomnieć o roli, jaką odegrała pani Bożena. Dziś, 14 maja 2012 minął rok od ukończenia leczenia farmakologicznego oraz radiacji i brachyterapii.
„Miałam więc dwa tygodnie, aby umocnić  i uporządkować mój organizm”
W styczniu 2011 roku zdiagnozowano u mnie raka gruczołowatego szyjki macicy, trzeci stopień. Do pani Bożeny skierowała mnie koleżanka, która konsultowała z nią sposób odżywiania dla chorego syna i była bardzo zadowolona z rezultatów. Pierwsza moja wizyta w domu pani Bożeny odbyła się 2 tygodnie przed pierwszym naświetlaniem i chemią. Ujął mnie fakt, że pani Bożena poświęciła mi tak wiele czasu i starała się wytłumaczyć zasady diety. Cierpliwie odpowiadała na moje pytania i wątpliwości, jakich miałam dużo. Także to, że później była dla mnie dostępna w dowolnym czasie, dosłownie 24 godziny na dobę. Miałam więc dwa tygodnie, aby umocnić  i uporządkować mój organizm. Starałam się ściśle dostosować  do zaleceń pani Bożeny. Jestem pewna, że odtąd nowy sposób odżywiania korzystnie wpłynął na moje samopoczucie i przyczynił się do wspaniałych rezultatów, jakie nastąpiły. Zaznaczam, że nie miałam w tym czasie przykrych objawów, przed jakimi mnie ostrzegano. Byłam na tyle silna, by o własnych siłach jeździć na terapie. W okresie 5 tygodni, dokładnie 35 dni, otrzymałam 32 naświetlania i 5 wlewek chemii (cysplatyny). A w kolejnych dwu tygodniach przeszłam 4 zabiegi brachyterapii.
„Uważam, że kuracja wzmacniająca prowadzona przez tak doświadczoną osobę jest skuteczna, a przede wszystkim bezpieczna.”
W tej chwili jestem w stanie remisji i uważam, że pomoc uzyskana od pani Bożeny pozwoliła mi przygotować organizm na podjęcie leczenia farmakologicznego oraz naświetleń. Uważam, że kuracja wzmacniająca prowadzona przez tak doświadczoną osobę jest skuteczna, a przede wszystkim bezpieczna. Wzmacnia organizm w okresie walki z chorobą i stanowi podstawę lepszego samopoczucia i w konsekwencji wyzdrowienia. Radzę wszystkim w podobnej sytuacji, by się nie poddawali i nie bali niczego. Myślę, że za rok będę mogła podzielić się informacją o odzyskanym w pełni zdrowiu. Tego życzę wszystkim zainteresowanym.

M.M.

 

2.

„W lutym 2011 roku zdiagnozowano u mnie raka jajnika.
Po trzech dniach od tej diagnozy byłam już operowana…”
W lutym 2011 roku zdiagnozowano u mnie raka jajnika. Spadło to na mnie jak przysłowiowy „grom z jasnego nieba”. Może raczej jak tragifarsa: patrzysz i sama nie wierzysz. Po trzech dniach od tej diagnozy byłam już operowana, usunięto mi jajniki. Tak zadecydował lekarz prowadzący. Dzięki Bogu bez tego organu można żyć.
„…myślami byłam już w niebie i piekle. Z tym, że piekło miałam w moim własnym umyśle.”
Do 30 dni po operacji byłam umówiona na chemioterapię, 6 dawek. Do tej chwili myślami byłam już w niebie i w piekle. Z tym, że piekło miałam w moim własnym umyśle. Wyobrażałam sobie jaką będę mieć klepsydrę, gdzie chcę być pochowana – oczywiście ze zdjęciem na nagrobku. Widziałam przerażenie w oczach mojej rodziny. Taki film przesuwał się przed moimi oczami wyobraźni mnóstwo razy. Będąc żywą, umierałam i powracałam do rzeczywistości. Zastanawiałam się, jak to będzie kiedy umrę, zostawię wszystkich i wszystko co kochałam na ziemi. A właśnie niedawno kupiłam dwa piękne obrazy, na jakie codziennie patrzyłam. Przypominały mi dzieciństwo u moich dziadków.
„Dostałam numer telefonu mojej znajomej, pani Bożeny.
Po spotkaniu z nią w moim domu, nabrałam chęci do walki.”
Refleksja przyszła chyba od Boga – bardzo szybko. Że to jeszcze nie koniec! Dostałam numer telefonu mojej znajomej, pani Bożeny. Po spotkaniu z nią w moim domu, nabrałam chęci do walki. Opowiedziała mi kilka historii ze swojego życia, o pracy z podobnie chorymi jak ja, przy tym także o makrobiotyce. Podkreślam to ostatnie, bo ma kluczowe znaczenie. Stwierdziłam, że jest osobą dobrze wiedzącą co mówi. Zasób wiedzy jaki zaprezentowała, do tego sposób rozmowy, mogę powiedzieć, że znowu postawił mnie na nogi. To ona obudziła we mnie nadzieję, że moja choroba jest uleczalna i że po odpowiedniej terapii nie wróci. I tak się stało.
„Wiedza, jaką mi przekazała pani Bożena, dotyczyła odżywiania i gotowania w sposób wzmacniający organizm.”
Pani Bożena  przyjechała do mnie zaraz po operacji. Po dziesięciu minutach rozmowy, rozpłakałam się, bo oczywiście rozważałam, dlaczego właśnie mnie to dotknęło? A po następnych dwudziestu minutach już robiłam notatki, co i gdzie mam kupić. Dowiedziałam się, co mam jeść, a raczej czego nie jeść, żeby przetrwać sześciomiesięczny okres chemioterapii, bez większych skutków ubocznych. Dostałam od niej plan diety dostosowany do mojego organizmu (w tamtym stanie), gdyż każdy ma indywidualne wymagania. Jeden jest „wychłodzony”, inny – jak mój – „przegrzany”. Wiedza, jaką mi przekazała pani Bożena, dotyczyła odżywiania i gotowania w sposób wzmacniający organizm.
„…wzięłam swoje zdrowie w swoje ręce…”
Okazało się, że ta wiedza stała się początkiem mojej wolności. Od następnego dnia już stosowaliśmy nowe zasady żywienia. Wstawałam rano pełna zapału, robiłam zakupy i gotowałam. Cierpliwie i konsekwentnie, z dnia na dzień. Inaczej mówiąc, „wzięłam swoje zdrowie w swoje ręce”. Na rezultaty nie musiałam długo czekać. Już po pierwszej chemii nie odczuwałam zmęczenia ani stanów depresyjnych, co – jak wiem – jest charakterystyczne na tym etapie choroby. Spałam bardzo dobrze i odczuwałam przypływ energii. Przez 6 miesięcy może raz lub dwa pozwoliłam sobie na popołudniową drzemkę. Jadąc na kolejne chemie, brałam ze sobą własny prowiant, oczywiście makrobiotyczny. Np. zupę ogórkową w termosie, placki „chapati”, chleb orkiszowy ciemny z masłem ghee.
„W szpitalu nie jadłam obiadu ani kolacji.”
W szpitalu nie jadłam obiadu ani kolacji. Z tego powodu zwróciłam na siebie uwagę do tego stopnia, że delegacja sióstr z oddziału przyszła do mnie zobaczyć co jem. Również panie z mojej sali zainteresowało to moje indywidualne odżywianie. One jadły dosłownie co popadło: zimne soki z kartonów, bułki na spulchniaczach zapychające jelita, szynkę z puszek… Ale nie dziwię im się, bo skąd miały wiedzieć o prawidłowej diecie? Po rozmowach ze mną, jedne robiły notatki, inne tylko słuchały.
„…oparzenia jamy ustnej, przewodu pokarmowego, hemoroidy, stany depresyjne, brak łaknienia, bezsenność. Mnie to wszystko ominęło.”
Już po pierwszej chemioterapii dowiedziałam się, jakie skutki uboczne ominęły mnie dzięki zastosowaniu diety makrobiotycznej. Jedną panią, która zjadła lody i tort komunijny, przez cały dzień męczyły biegunka i wymioty. Przez kilka kolejnych dni leżała osłabiona. Druga pani miała długotrwałe zaparcia. Inne dolegliwości jakie występowały u pacjentów to oparzenia jamy ustnej, przewodu pokarmowego, hemoroidy, stany depresyjne, brak łaknienia, bezsenność. Mnie to wszystko ominęło.
„Za towarzysza codziennej pracy w kuchni obrałam Pana Boga.”
Za towarzysza codziennej pracy w kuchni obrałam Pana Boga, z którym rozmawiałam niemal bez przerwy. Z dnia na dzień przybywało mi sił, miałam apetyt, regularnie i właściwie odżywiałam mój osłabiony organizm. Pani Bożena wciąż dzieliła się ze mną kulinarnymi doświadczeniami, wykazując przy tym rzetelność ale i fantazję. Na podstawie osobistych doświadczeń popartych wiedzą, nauczyła mnie tego, że prawidłowe odżywianie leczy nie tylko ciało, bo także duszę. Kilka razy dziennie dzwoniła do mnie z pytaniem: jak się czuję, czy dobrze śpię, jak z apetytem? Za każdym razem uzupełniała moją dietę. Poznałam wtedy znaczenie glonów. Dowiedziałam się, że mają ponad 50 makro i mikroelementów. Jedna łyżka takiej mikstury zaspokaja dzienne zapotrzebowanie. Poznałam też mąkę orkiszową, która zastąpiła dotychczas używaną, pszenną. Dowiedziałam się, jak działa na wątrobę popularna przyprawa „Maggi” zawierająca glutaminian sodu, a jak mało doceniana jest kurkuma, pod wpływem której komórki rakowe „popełniają samobójstwo”. Pani Bożena uświadomiła mi wpływ czterech pór roku na potrzeby naszego organizmu i dostosowanie odpowiedniej, sezonowej diety. O każdej porze roku energia w pożywieniu inaczej zasila nasze kluczowe organy. Makrobiotyka to, według pani Bożeny, idealny styl odżywiania przy chorobie nowotworowej – na początku, w trakcie leczenia i po. Moja terapeutka roztaczała wizje, jak będzie wyglądać mój powrót do zdrowia i jak komórki mojego organizmu odzyskają siły witalne. Żeby się to spełniło, trzeba organizmowi dostarczyć dobre „paliwo” – zgodnie z makrobiotyczną zasadą „jesteś tym, co jesz”.

 

Nikt dokładnie nie wie, kto jest ojcem choroby, ale z pewnością jej matką jest zła dieta. Dziękuję Bogu, że pani Bożena, mieszkając dłuższy czas w USA, nie została tam na stałe, bo niemiałabym takiej fachowej pomocy. Ale – nic nie dzieje się przypadkiem.

 

„Zwyciężyłam! To moje największe życiowe osiągnięcie.”
Dziś minęło 9 miesięcy od ostatniej mojej chemii i jestem zdrowa. Zwyciężyłam! To moje największe życiowe osiągnięcie. Teraz wiem, że wszystko przezwyciężę. Nadal stosuję kuchnię makrobiotyczną. Pani Bożenka od czasu do czasu odwiedza mnie i patrzy z radością, bo widzi w tym także swoje zwycięstwo. Jej wiedza jest ratunkiem w sytuacjach takich jak była moja. Od niej usłyszałam pierwsze pocieszenie po przerażającej diagnozie. Oby też innych spotkało podobne. Nie tylko to, ile komu zostało życia, a słowa otuchy: Taki wynik jeszcze nic nie znaczy!
„Makrobiotyka to potężna wiedza sprzyjająca naszemu ciału i duszy.”
Chore zwierzęta instynktownie szukają w lesie miejsc, gdzie rosną znane im zioła. Jedzą je i same się uzdrawiają. Tę mądrość mają od zawsze i nigdy jej nie zatraciły. A my, ludzie? Także w najgorszej chorobie mamy podobną mądrość, tylko ktoś musi nam to przypomnieć. Dzisiaj już wiem, co znaczy dobre białko, dobry tłuszcz, że węglowodany też są dobre, byle rozsądnie spożywane. Dziś nadal w mojej diecie stosuję dobre oleje – lniany, makowy, kokosowy, dzięki którym ścianki naszych komórek szybko się regenerują. Makrobiotyka to potężna wiedza sprzyjająca naszemu ciału i duszy. Dbajmy więc o nasze ciało, bo dusza jest przecież nieśmiertelna. Dzisiaj też wiem, że jeśli naprawdę siebie kochamy, to warto także swojej osobie poświęcić dostatecznie dużo czasu. Pewien mój znajomy powiedział, że kuchnia to dla jego żony „sanktuarium”. Wtedy jeszcze nie rozumiałam właściwie tego, co mówi. Teraz wszystko jest dla mnie jasne.

 

Opisałam swoje refleksje na temat znaczenia makrobiotyki w chorobie nowotworowej. Zaręczam, że na ten temat można napisać obszerną książkę. Jeśli ktoś znalazł się w punkcie życia takim samym jak ja kilka miesięcy temu, to szczerze namawiam: daj sobie szansę, spróbuj zastosować makrobiotykę. Nie masz nic do stracenia, a możesz zyskać siłę, energię, lepsze samopoczucie, a przede wszystkim powrót zdrowia.
Madzia (lat 44)
Nazwisko i imię znane redakcji

3.

Historia mojej choroby.

 

Wszystko zaczęło się tak niewinnie w 2007 roku. Poszłam do lekarza kardiologa zbadać serce i krew. Na nastopny dzień po powrocie z pracy zastałam wiadomość na taśmie. Zadzwonił lekarz, „proszę natychmiast skontaktować się ze mną„. Pojechałam do Ośrodka zdrowia dowiedziałam się że jestem chora na białaczką!

Tutaj zaczął się mój dramat. Ponieważ mój ojciec zmarł na białaczkę (chorował 5 lat) zobaczyłam siebie w tej samej sytuacji. Oczywiście zaczęło się chodzenie na onkologie, ale ja szukałam innej deski ratunku..

I Bóg mi zesłał Bożenkę, która leczy tylko organicznym, zdrowym jedzeniem. Natychmiast podporządkowałam się jej zaleceniom i kuchnię prowadzę według jej wskazówek.

Jeżeli czegoś potrzebuję dzwonię, z Chicago do Polski, zawsze spotykam się z wielką życzliwością i wnoszę coś nowego mojego jadłospisu.

W lutym minęło 6 lat od ujawnienia się mojej choroby. Dzięki Bożence z jej kierownictwem wróciłam do zdrowia fizycznego i psychicznego. Pomimo wieku emerytalnego pracuje na pełen etat i mam się dobrze.

 

Barbara Sikora z Chicago

 

 
logo biomedeo
 
 
Nasza misja - Twoje zdrowie!